Słowo Czarnego

1.

Ten strach był dla niej jak zaciskająca się coraz mocniej na szyi pętla.

Chwilę temu, gdy siedziała przy łóżku Mateusza i patrzyła w rozpalone gorączką, jasnoniebieskie oczy, usiłowała nie dać po sobie poznać, że jej oddech również staje się coraz płytszy, a panika lodowatymi palcami uciska tłukące się w piersiach serce. Chłopiec szukał na twarzy matki spokoju, wypatrywał choć śladu nadziei, więc nie mogła go zawieść.

Kiedy wreszcie zasnął, bezszelestnie wymknęła się z pokoju, zostawiając zapaloną nocną lampkę i lekko uchylone drzwi. Zbliżała się już północ, a ona dopiero teraz przypomniała sobie o wypranej pościeli rozwieszonej rano na sznurach obok domu. Zarzuciła więc na plecy wełnianą chustę i wyszła na podwórze. Zmierzając w kierunku odbijających światło księżyca, poruszanych wzmagającym się wiatrem prześcieradeł i poszew, wierzchem dłoni otarła wilgoć z policzków. Obraz stał się ostrzejszy.

Noc była jasna, choć przepływające po atramentowym niebie chmury od czasu do czasu kradły trochę księżycowego blasku. Teresa spojrzała podniosła głowę i uświadomiła sobie, że jest już po pełni. W ostatnich tygodniach czas miał dla niej tylko jeden wymiar, określony trudną do precyzyjnego oznaczenia, choć przerażająco nieuchronną datą. Jeszcze rok temu, w Wielki Piątek dwa tysiące szóstego roku, przygotowywałaby się na nadejście Wielkanocy, czuwając przy Bożym grobie w miejscowym kościele. Teraz było jej wszystko jedno. Jeszcze kilka dni temu, przed wizytą w lubelskim szpitalu, błagała na kolanach o cud, ale teraz było jasne, że ten jednak nie nadejdzie.

Przystanęła, gdy do jej uszu od strony drogi prowadzącej z Adamowa dobiegły jakieś odgłosy, przeciskające się przez chłodną ciszę kwietniowej nocy. Otuliła się mocniej chustą i stanęła nieruchomo. Po chwili rozpoznała charakterystyczne skrzypienie nienasmarowanych łożysk znajomej dwukółki.

„Co on, do diabła, robi tu o tej porze i to w taką noc?” – zapytała samą siebie w myślach. „Chyba już mu się całkiem pomieszało w tej starej, siwej głowie.”

Wzruszyła ramionami i zaczęła zdejmować pościel. Odgłosy były coraz wyraźniejsze, a do zgrzytów i popiskiwania wydawanego przez koła starego wózka dołączyło miarowe szuranie podeszew o nawiewany na asfalt piach.

Pamiętała tego człowieka jeszcze z czasów, gdy był postawnym, wysokim mężczyzną z bujną, czarną brodą. Sprowadził się do Adamowa mniej więcej w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Ojciec Teresy, wspominał że Bobowicz początkowo budził w okolicach nieufność, ale ponieważ na koniach znał się jak mało kto, a do pomocy zawsze był pierwszy, prędko zaskarbił sobie uznanie okolicznych gospodarzy. Niektórzy mówili, że to brat słynnego w swoim czasie na Zamojszczyźnie cygańskiego wójta – Romana Bobowicza z Grabowca. Ile w tym było prawdy, a ile zwykłego ludzkiego gadania, trudno powiedzieć, ale okres przybycia Czarnego, jak wszyscy nazywali go w okolicy, zgadzałby się z czasem przymusowego osiedlania Romów w grabowieckim pałacu.

Od kiedy konie ostatecznie zastąpione zostały przez maszyny, Czarny zaczął najmować się do pracy w lesie, a gdy z powodu artretyzmu i podeszłego wieku musiał zrezygnować i z tego zajęcia, zajął się zbieraniem złomu po wioskach w okolicy Adamowa. Lekko przygarbiona sylwetka, ciągnąca za sobą skrzypiącą dwukółkę, stała się stałym elementem lokalnego krajobrazu.

Był już na wysokości domu Teresy, kiedy skończyła zbierać pranie. Widok na drogę zasłaniał wysoki parkan, ale dochodzące zza ogrodzenia dźwięki nie pozostawiały co do tego żadnej wątpliwości. Kobieta wzruszyła ramionami i ruszyła w stronę domu. Co ją obchodził jakiś stary wariat?

„Jak ma ochotę, to może sobie tak łazić i do Niedzieli Wielkanocnej, albo i dłużej.” – pomyślała.

Kiedy zamykała za sobą drzwi, skrzypienie wózka i kroki starego ustały; miała wrażenie, że dokładnie na wysokości jej furtki. Być może Czarny usłyszał ją i chciał zapytać o jakieś niepotrzebne metalowe sprzęty.

Po chwili jednak uświadomiła sobie, że coś jest nie tak. Przyzwyczaiła się do wizyt Czarnego w Bliżowie, ale ta dzisiejsza brzmiała jakoś… inaczej. Teresa stała przez chwilę na środku kuchni z naręczem pachnącej świeżością pościeli, po czym położyła ją na krześle i znów wyszła na zewnątrz.

Nic się nie zmieniło. Było całkowicie cicho, nie licząc szumu wiatru, który wciąż się wzmagał.

Wreszcie zrozumiała.

Za każdym razem, gdy Czarny zbliżał się do Bliżowa, dźwiękom wydawanym przez jego wózek towarzyszyło zawzięte ujadanie. Być może skrzypienie kół tak rozwścieczało miejscowe kundle, a może w nieznajomym człowieku wyczuwały one jakieś zagrożenie, w każdym razie przybycie Bobowicza zawsze do tej pory było sygnalizowane zanim jeszcze mieszkańcy zauważyli go na opadającej ku wsi drodze.

Tym razem nie zaszczekał ani jeden pies.

2.

Mateusz w ciągu ostatnich dni przespał najwyżej kilkanaście godzin. Choroba wyniszczała go od środka, a bólu nie były w stanie zagłuszyć nawet silne medykamenty, więc tym bardziej każda kolejna godzina snu była dla chłopca na wagę złota. Stojąc przed drzwiami, Teresa z niepokojem oczekiwała pierwszego hałaśliwego szczeknięcia, które sprawi, że cała wieś zabrzmi kakofonią psiego ujadania. Już nie było jej wszystko jedno.

Ruszyła w stronę furtki.

Gdy ją uchyliła, zobaczyła Czarnego, który stał nieruchomo i patrzył w stronę kobiety. Czekał.

Kolor włosów i brody, od którego wzięło się przezwisko, dawno już zastąpiła siwizna. Oczy, płonące niegdyś ciemnym blaskiem, z czasem zostały zasnute bielmem, ale Bobowicz nie wyglądał na niedołężnego starca. Choć przygarbiony pod jarzmem upływającego czasu, i tak górował nad Teresą prawie o dwie głowy. Po plecach kobiety przebiegł dreszcz, mimo to podeszła bliżej i odważnie spojrzała Czarnemu w twarz.

- Panie Bobowicz, po co pan się tu kręci po nocy? – zapytała. – Przecież o tej porze i tak nie uda się panu niczego znaleźć, a tylko…

Zgubiła wątek. Jego osadzone w śniadej twarzy oczy niemal fosforyzowały bielą. Poruszane wiatrem siwe, długie włosy, w których tańczyło światło księżyca sprawiały, że wyglądał wręcz upiornie. Teresa cofnęła się o krok.

- Zaraz pobudzi pan tym swoim wózkiem wszystkie psy we wsi, a mój syn bardzo potrzebuje snu.

Przyszło jej na myśl, że mógłby zostawić dwukółkę i wrócić jutro, ale zanim zdążyła to zaproponować, usłyszała:

- Tak, zdaję sobie doskonale z tego sprawę, moja droga. To zdecydowanie zbyt późno wykryty mięsak Ewinga, nieprawdaż?

Zanim dotarła do niej treść pytania, zwróciła uwagę na inaczej niż zwykle artykułowane słowa. Rozmawiała z Bobowiczem wielokrotnie gdy przychodził po stare rupiecie, lecz tym razem jego głos brzmiał zupełnie inaczej. Łagodnie, dźwięcznie, z trudnym do wychwycenia, ale słyszalnym obcym akcentem.

- Skąd pan wie? – zapytała po chwili.

Uśmiechnął się, odsłaniając dwa rzędy równych i zaskakująco białych zębów. Pierwszy raz widziała, jak Czarny się uśmiecha.

- Och, Teresko… Ja wiem więcej, niż mogłoby ci się zdawać.

- Ludzie gadają, prawda? Czasem mam wrażenie, że cieszą się z nieszczęścia, które nas…

- Ludzie przeważnie rozmawiają na serio o rzeczach zupełnie nieistotnych – przerwał jej – a po kwestiach naprawdę ważnych prześlizgują się ledwie pobieżnie. Nie od nich wiem o twoim problemie i nie pytaj skąd, bo to akurat nie ma najmniejszego znaczenia.

Uśmiech zniknął z jego twarzy. Zasnutymi bielmem oczyma przypatrywał się uważnie kobiecie. Wreszcie znów się odezwał:

- Jestem tu, aby ci pomóc, moja droga. Wiem, czego potrzeba tobie i twojemu synkowi.

Teresa pokręciła głową.

- Lekarze nie dają żadnych szans, więc…

- Są inni lekarze. Są nowe metody leczenia, które mogą znacznie przedłużyć życie Mateuszowi. Oczywiście, wymagają one dalekich wyjazdów, nawet za granicę, są kosztowne, ale dają nadzieję.

- Wiem, ale nie mam takich pieniędzy – powiedziała spuszczając wzrok. – Brakuje mi nawet na lekarstwa, a co dopiero…

- Nie wyglądam na krezusa, ale pamiętaj, że pozory mogą mylić – Podszedł do kobiety i położył dłonie na jej ramionach. – To jak, Tereska? Jeśli miałbym taką kwotę, to przyjęłabyś je ode mnie?

Snów na niego spojrzała, a zaraz potem skinęła głową.

- Zrobiłabym wszystko, by dać Mateuszowi szansę.

Mężczyzna znów się szeroko uśmiechnął.

- To właśnie chciałem usłyszeć – rzekł, a zaraz potem dodał:

- Oczywiście, nie zrobię tego za darmo. Mam nadzieję, że to rozumiesz, moja droga?

Znów skinęła głową.

- Będę cię wkrótce potrzebował. – Przez wełnianą chustę poczuł, jak kobieta zaczyna drżeć i dodał:

- Nie bój się, to nie jest to, o czym myślisz. Zresztą, jestem już na to za stary. – Nieprzyjemny śmiech, który przerwał jego słowa zupełnie nie pasował do wcześniejszego, łagodnego tonu jego głosu.

Odsunęła się o kilka kroków.

- Co więc mam zrobić? – zapytała. – I jaką mam pewność, że mówi pan prawdę o tych…, o tym, że dostanę te pieniądze?

- Nie masz żadnej pewności – znów się roześmiał. – Masz za to moje słowo i to na razie musi ci wystarczyć.

Rozpiął płaszcz i z jego wewnętrznej kieszeni wyjął białą, lekko pomiętą kopertę.

- Trzymaj, Tereska. Na razie jest pusta, ale gdy zrobisz to, czego od ciebie oczekuję, znajdziesz w niej wystarczającą ilość pieniędzy. Wiedz jednak, że nie będzie to łatwe zadanie. Dlatego dam ci do namysłu dobę. Jutro o tej porze znów przyjdę i jeśli tutaj, pomiędzy deskami furtki, nie znajdę koperty, będzie to znaczyło, że nie zmieniłaś zdania.

Nie czekając na odpowiedź, chwycił za metalową rączkę dwukółki i ruszył w powrotną drogę. Wózek zaskrzypiał przeraźliwie, a Bobowicz odwrócił się i dodał jeszcze przez ramię:

- Nie bój się, psy nie będą dziś szczekać. Możesz być o to spokojna, moja droga. Możesz być spokojna, bo Czarny zawsze dotrzymuje słowa.

3.

Wiatr ustał zupełnie zanim jeszcze zdążyła dojść do domu.

Od strony drogi jeszcze przez długi czas słychać było hałasujący wózek Bobowicza, ale Teresa nie usłyszała nic poza nim. Gdy wreszcie i te dźwięki ucichły, zamknęła za sobą drzwi na skobel, a potem zajrzała do Mateusza. Spał spokojnie, lekko się uśmiechając.

Przeszła do swojego pokoju, gdzie przylgnęła plecami do nagrzanego kaflowego pieca. Była zziębnięta, zmęczona, a do tego wytrącona z równowagi. Próbując zebrać myśli, obracała w dłoniach białą, pustą kopertę.

Nigdy nie posądzałaby Czarnego o znajomość imienia jej syna, a była niemal na sto procent przekonana, że podczas rozmowy to właśnie Bobowicz przywołał je po raz pierwszy. O ile jednak to akurat można wytłumaczyć jego zażyłością z niektórymi mieszkańcami Bliżowa, o tyle zupełnie nie mogła pojąć, skąd miał tak dokładne informacje o chorobie, na jaką cierpiał Mateusz. Tak naprawdę jej nazwę znała chyba tylko Teresa i lekarze zajmujący się chłopcem. We wsi mówiło się, że „mały Pasieczny ma raka” i „podobno już są przerzuty, nie wiadomo nawet, czy chłopak doczeka do lata”. Tyle wystarczało. Nikomu nie były potrzebne fachowe określenia. Nawet Bożena pewnie zdziwiłaby się, gdyby nagle usłyszała o „mięsaku Ewinga”, mimo, że przecież to właśnie ona jako chrzestna Mateusza i mieszkająca po sąsiedzku rodzona siostra Teresy, o chorobie wiedziała naprawdę sporo.

Wątpliwości po nocnej rozmowie było o wiele więcej. Czarny nie tylko brzmiał inaczej niż podczas wcześniejszych spotkań, ale mówił też zupełnie innym, bardziej kwiecistym językiem. Skąd ta nagła odmiana? Czy rzeczywiście mógł wspomóc Teresę tak dużą kwotą, jaka mogłaby zapewnić jej synowi szansę na leczenie? Czy w ogóle istniały pieniądze dające nadzieję na znaczne przedłużenie życia albo przynajmniej ulżenie Mateuszowi w cierpieniu?

Im dłużej się nad tym wszystkim zastanawiała, tym większy miała mętlik w głowie, jednak w końcu schowała kopertę do szuflady stołu i zatrzasnęła ją zdecydowanym ruchem.

„Zrobię wszystko, czego zechce ode mnie Czarny, bo każda matka na moim miejscu zachowałaby się dokładnie w ten sam sposób.” – pomyślała. „Nawet jeśli szansa jest tylko jedna na milion, to nie potrafiłabym żyć ze świadomością, że nie spróbowałam”.

Gdy niedługo potem leżała na tapczanie w pokoju Mateusza i wsłuchiwała się w jego nieregularny, płytki oddech, wiedziała, że podjęła dobrą decyzję.

- Zrobię wszystko – szepnęła i natychmiast zapadła w sen.

4.

(…)