Ostatni telefon

Wojtkowi Bellonowi



1.

Miał przed sobą dwadzieścia trzy minuty marszu. Doskonale wiedział, ile czasu zajmuje mu pokonanie drogi z domu do studia. Gdy wymagała tego sytuacja, był perfekcjonistą, który nie pozwalał sobie na niedoróbki, więc prawie trzy lata wcześniej, już w pierwszym tygodniu pracy, kilkakrotnie zmierzył czas, aby niepotrzebnie nie denerwować się, czy zdąży podbić kartę na portierni.

Szedł, uważnie patrząc pod nogi. Topniejący śnieg tworzył na chodniku błotniste, brunatne kałuże. Andrzej nie miał zamiaru spędzić ostatniego dnia przed urlopem w przemoczonych butach, więc każdy krok stawiał bardzo ostrożnie. Gdy dotarł do przejścia, spojrzał na zegarek. Miał pół minuty spóźnienia. Na dodatek akurat zapaliło się czerwone światło. Wiedział już, że resztę drogi będzie musiał przebyć trochę szybciej. Martwił się o swoje, kupione tydzień wcześniej za czterysta złotych, zamszowe trzewiki – nawiasem mówiąc, najnowszy krzyk warszawskiej mody – lecz uznał, że najważniejsze jest to, aby być w redakcji na czas.

Jego kariera w radiu przypominała amerykański sen. Jeszcze dwa lata wcześniej biegał po mieście z dyktafonem i tłoczył się w korytarzach magistratu w oczekiwaniu na wypowiedzi miejscowych polityków, które mogłyby później pójść w lokalnych wiadomościach. Teraz prowadził w ogólnopolskiej stacji audycję na żywo. Rozmawiał podczas niej ze słuchaczami wylewającymi na antenie swoje żale lub – zdecydowanie rzadziej – dzielącymi się jakąś rozsądną opinią na zadany temat. Przeważnie programy dotyczyły wydarzeń politycznych, jednak czasami zdarzały się też audycje tematyczne. Tak jak tego właśnie dnia.

Do niedawna bardzo skrupulatnie się przygotowywał, robiąc spis kontrowersyjnych sądów, które zacytuje w trakcie programu, lub przynajmniej drukował na kartce coś w rodzaju zestawu pytań do słuchaczy. Teraz już nie musiał. Kredyt zaufania, jakim darzył go dyrektor, był tak wielki, że Andrzej nie obawiał się już drobnych wpadek. O takie rzeczy muszą się teraz martwić inni. Uśmiechnął się pod nosem i energicznie wkroczył na przejście.

Nie wiedział, czyj to był pomysł, aby poświęcić audycję depresji. Domyślał się, że to najprawdopodobniej sprawka tej starej pindy Marczewskiej, której czasem w sprawach programowych radził się dyrektor. Idiotka, jakich mało, ale ma zaskakująco duży wpływ na Starego.

Trudno. Niech będzie depresja. Byle tylko ten dzień szybko się skończył – myślał, przyspieszając kroku.

Gdy zbliżał się do siedziby radia, powiódł wzrokiem wokół siebie. Ciężkie ciemnoszare chmury spowijały okolicę. Nagie korony drzew straszyły bezlistnymi konarami, które konwulsyjnie podrygiwały w podmuchach porywistego wiatru. Andrzej uznał, że dwudziesty trzeci lutego idealnie nadaje się na dzień walki z depresją.

Wchodząc po schodach, miał lekką zadyszkę. Po raz ostatni spojrzał na tarczę zegarka. Szedł tak szybko, że miał jeszcze ponad minutę zapasu. Energicznie pchnął drzwi wejściowe i po chwili znalazł się w ciepłym, przytulnym wnętrzu.

2.

Jak zwykle, przed wejściem do studia przyrządził aromatyczną kawę w wielkim czarnym kubku. Wyjął z lodówki mleko, dolał je do gorącego pachnącego płynu i ruszył korytarzem w kierunku reżyserki. W połowie drogi przypomniał sobie, że w teczce zostawił zebrane naprędce materiały na temat depresji, których nie chciało mu się przeglądać w domu. Miał nadzieję, że trochę poczyta w trakcie audycji; piosenki puszczane przez realizatora pomiędzy wejściami antenowymi dawały taką możliwość, lecz teraz było już za późno, aby wrócić. Za dwie minuty miał się zacząć serwis informacyjny, podczas którego Andrzej zawsze już siedział w studiu.

„Trzeba będzie improwizować – pomyślał – ale może jakoś z tego wybrnę”.

Przywitał się z kolegami czekającymi na niego w reżyserce, po czym wszedł do wytłumionego pomieszczenia, przepuszczając przed sobą Karola, który miał za chwilę zacząć odczytywać wiadomości.

Nie potrafił się skupić na serwisie. W zakamarkach pamięci starał się odszukać choćby najdrobniejszy ślad wiedzy o depresji. Oprócz powszechnie znanych faktów, przypomniał sobie, że jest ona uważana za chorobę, którą należy leczyć. Niewiele, ale zawsze coś.

Podczas przerwy reklamowej Karol opuścił studio. Po dżinglu rozpoczynającym audycję z głośników w tysiącach domów popłynął ciepły, charakterystyczny głos Andrzeja:

– Witam państwa. Jest mi niezwykle miło, że możemy się spotkać w ten chłodny lutowy poranek. Tematem dzisiejszej audycji będzie depresja. Chciałbym, abyśmy porozmawiali o tej chorobie. – Ostatni wyraz został wyraźnie zaakcentowany. – Na pewno wśród słuchaczy są osoby, które spotkały się z nią w codziennym życiu. Liczę, że telefony od państwa pozwolą nam bliżej przyjrzeć się temu zjawisku. Szczególnie zachęcam do zabierania głosu tych, którzy z depresją już sobie poradzili. Jak ją rozpoznać, jak leczyć, co wam pomogło...

Rutynowo wyrecytował numer telefonu. Realizator podgłośnił piosenkę, która do tej pory stanowiła tło dla wypowiedzi prowadzącego. Andrzej odetchnął. Początek był przyzwoity, więc zapewne znów uda mu się spaść na cztery łapy. A potem już tylko pakowanie i, następnego dnia, wyjazd z Martą do Austrii na narty.

Już postanowił, że wrócą stamtąd jako narzeczeni. Wiedział, jak Marta bardzo pragnie, aby wreszcie się jej oświadczył. I oto nadchodził ten moment, a gustowny pierścionek z wielkim brylantem czekał spokojnie w bocznej kieszeni jednej z walizek.

Tylko jak to zrobić? Może w jakiejś przytulnej restauracji, a może na stoku, pośród...

– Co jest z tobą, do cholery!? – W słuchawkach zazgrzytał zniecierpliwiony głos realizatora – masz słuchaczkę na linii...

Andrzej gwałtownie wyprostował się w fotelu i podniesionym do góry kciukiem dał znak przez szybę, że jest gotów.

– Dzień dobry panu. Mam na imię Anna. Bardzo się cieszę, że po raz pierwszy się dodzwoniłam i mogę z panem porozmawiać. – Głos wskazywał na to, że rozmówczynią Andrzeja jest młoda kobieta. – Słucham tej audycji od samego początku i bardzo lubię, gdy...

– Witam, pani Anno – przerwał jej bezceremonialnie. – Dziękuję za miłe słowa, ale zdaje się, że mieliśmy rozmawiać o depresji. – Nie chciał, aby w jego słowach zabrzmiała niecierpliwość, jednak cisza, która zapanowała w eterze, świadczyła o tym, że zareagował zbyt gwałtownie.

– Pani Aniu?

Odpowiedział mu odgłos odkładanej słuchawki, po którym rozległ się przerywany sygnał.

– No cóż, coś nas rozłączyło, ale mam nadzieję, że uda się pani jeszcze raz do nas dodzwonić. A tymczasem mamy na antenie kolejnego słuchacza. – Starał się mówić jak najbardziej naturalnie, lecz wiedział, że nie jest w stanie opanować lekkiego drżenia głosu, spowodowanego mimowolnym skurczem krtani. Po raz pierwszy coś takiego przydarzyło mu się w trakcie prowadzonej audycji.

Starszy mężczyzna opowiadał o tym, jak wiele lat temu udało mu się z trudem wyjść z choroby, a Andrzej głęboko oddychał, po czym zakończył rozmowę i, już bez najmniejszych oznak zdenerwowania, zapowiedział kolejną piosenkę.

3.

Była to jedna z nudniejszych audycji, jaką przyszło mu prowadzić, a jego niesmak pogłębiał się po każdym kolejnym telefonie. Cóż jest interesującego w tym, że ktoś tam ma doła i w dodatku dorabia do tego jakąś ideologię? „Do roboty by się wzięli i depresja od razu by minęła – myślał. – W dodatku na takich naiwniakach żerują koncerny farmaceutyczne, wciskając im jakieś specyfiki, za które trzeba słono płacić. Bandy lekarzy utrzymują się z wmawiania ludziom, że problem jest poważny, a kozetki w gabinetach psychologów aż stękają pod ciężarem kolejnych nieudaczników”.

Andrzej starał się, aby jego prywatny pogląd na sprawę nie wpływał na atmosferę prowadzonych ze słuchaczami rozmów. W dyskusjach politycznych do perfekcji opanował sztukę chłodnego, niezabarwionego kolorami partyjnymi komentarza. Tym razem było inaczej. Kilka razy w eter popłynęła jakaś ironiczna uwaga, parę półsłówek sugerujących, że jeśli ktoś ma problem, to powinien sobie z nim radzić sam, a nie trąbić o nim na całą Polskę.

Gdy do końca audycji zostało pięć minut, Andrzej dziękował Bogu, że przed nim już tylko jedno wejście antenowe, ostatni telefon od słuchacza – i wreszcie urlop. Powoli zaczął składać kartki zapełnione notatkami sporządzonymi podczas programu. W jego przekonaniu najważniejsze były te zawierające listę zakupów, które zrobi, wracając do domu.

– Dzień dobry, panie redaktorze – rozległ się głos w słuchawkach.

– Witam. Jak ma pani na imię?

– Mam na imię Anna. Rozmawialiśmy już podczas tej audycji. – Spokojny, ledwie słyszalny głos kobiety brzmiał zupełnie inaczej niż ten, który pamiętał.

– A, tak, rzeczywiście. Coś nas rozłączyło...

– Nie – ucięła dość ostro. – Po prostu odłożyłam słuchawkę.

Po chwili milczenia kobieta odezwała się ponownie. Głos w słuchawce znów był spokojny. Zaskakująco spokojny.

– Bardzo się na panu zawiodłam. Pańska audycja była jedną z rzeczy, która trzymała mnie przy życiu. Codziennie na nią czekałam. Pański głos jakoś tak... pomagał żyć... A dziś... Dziś dowiedziałam się, jaki pan jest naprawdę... – Głos kobiety zaczął się łamać, oddech był coraz bardziej urywany. – I dlatego... wie pan co? Ja już nie chcę żyć...

– Pani Aniu, proszę się uspokoić. Jeśli panią uraziłem, to bardzo przepraszam. Naprawdę, ogromnie mi przykro. Ale to wszystko przecież nie jest takie istotne...

– A skąd pan, do jasnej cholery, może wiedzieć, co dla mnie jest istotne?! – Kobieta znów podniosła głos. – Nie ma pan o tym zielonego pojęcia! – krzyknęła.

W słuchawkach było wyraźnie słychać jej świszczący oddech.

– Pani Anno – odezwał się. – Pani Aniu, proszę się uspokoić...

– Albo wie pan co? – Powiedziała to tak, jak gdyby w ogóle go nie słyszała. – Ma pan rację. Rzeczywiście, to wszystko nie jest istotne. – W tym momencie zaczęła się histerycznie śmiać. – Tak, tak. To nieistotne. Całkowicie nieistotne... – Opętańczy chichot, zwielokrotniony przez zbyt głośno ustawione radio w domu słuchaczki, rozbrzmiewał w domach całej Polski.

Andrzej zaczął dawać znaki realizatorowi, aby przerwał audycję, ten jednak siedział jak sparaliżowany, wpatrując się przed siebie. Wreszcie oprzytomniał i sięgnął do konsolety. W słuchawkach dało się słyszeć głośny rumor, a śmiech został nagle zdławiony i zastąpiony wyraźnymi odgłosami szamotaniny. Realizator pomylił suwak i zamiast zgłośnić muzykę, sprawił, że cisza, która nastała po całym zdarzeniu, zdawała się być jeszcze bardziej natarczywa.

Tysiące ludzi wsłuchiwało się w nią, patrząc na radioodbiorniki. Niepokój nie minął nawet wtedy, gdy z głośników popłynęła łagodna muzyka Stinga.

4.

– Bardzo pięknie, panie Stolarczyk. – Marczewska powoli sączyła słowa, wlepiając w Andrzeja jadowite spojrzenie. – Naprawdę, doskonała robota. Na pana miejscu modliłabym się, żeby to był tylko jakiś głupi dowcip, bo jeśli ta kobieta rzeczywiście coś sobie zrobiła...

– Pani Halino – przerwał jej Słowiński, a oczy redaktorów zgromadzonych w sali narad przeniosły się na jego twarz – proszę, dajmy spokój złośliwościom. Dla nas wszystkich jest to trudna sytuacja. Od zakończenia audycji linia jest rozgrzana do czerwoności. Dzwonili już z gazet, z innych stacji, odbieramy mnóstwo telefonów od słuchaczy. Ostatnią rzeczą, jakiej nam teraz potrzeba, to wewnętrzne spory.

Andrzej ze zdumieniem spojrzał na Starego. Do tej pory nigdy nie reagował nawet na ostrzejsze ataki Marczewskiej. Wyglądało więc na to, że sytuacja naprawdę jest poważna.

– Przekazaliśmy już policji numer telefonu – ciągnął naczelny. – To komórka, miejmy nadzieję, że zarejestrowana na właściciela, a nie kupiona gdzieś na stadionie. Poprosiłem państwa o to spotkanie, aby nie było wątpliwości: do czasu wyjaśnienia sprawy żadnych komentarzy, żadnych informacji. Nikomu, nawet najbliższym. Pracujemy tak, jak gdyby nic się nie stało i czekamy na wieści z komendy. Gdy nadejdą, będziemy reagować na bieżąco. Czy to jest jasne?

Pytanie było retoryczne, jednak większość z obecnych odruchowo skinęła głowami.

– Jeszcze jedno – Słowiński popatrzył na Andrzeja. – Słyszałem program od początku do końca i nie życzę sobie żadnych dyskusji na jego temat. Audycja było prowadzona profesjonalnie i – cokolwiek się stało – redaktor Stolarczyk nie ponosi za to odpowiedzialności. Różni ludzie dzwonią do programów emitowanych na żywo i różnie reagują. Nie możemy dopuścić do tego, aby dziwaczne zachowania naszych słuchaczy kładły się cieniem na naszej pracy.

Andrzej patrzył na szefa, lecz kątem oka dostrzegł, jak Marczewska z dezaprobatą kręci głową.

– Rozumiemy się? – Pytanie zostało skierowane do wszystkich, lecz naczelny przeniósł wzrok na swoją zastępczynię i nikt nie miał wątpliwości, komu tak naprawdę zostało zadane.

Zacisnęła usta i spuściła wzrok.

– Jeżeli nie ma pytań, to dziękuję państwu. Proszę wracać do pracy, a panu Andrzejowi życzę udanego urlopu.

5.

– Cześć, kochanie.

– Andrzejku, nareszcie! Kilka razy próbowałam się do ciebie dodzwonić. Słyszałam audycję...

– Marta, posłuchaj. Kiepsko się czuję po tym wszystkim. Pomyślałem, że może odłożymy wyjazd. Powiedzmy – do niedzieli. Nie wiem jeszcze, co się stało, będę czekał na telefon z redakcji. Ale nawet jeśli to jakiś koszmarny żart, to i tak nie mam w tej chwili głowy do pakowania się. Zresztą, jeszcze muszę zrobić przegląd auta, a dziś już nie zdążę.

– No pewnie. Rozumiem. Wpadnę wieczorem...

– Wiesz, to chyba nie jest dobry pomysł. Wolałbym dzisiaj być sam i wszystko sobie dokładnie przemyśleć. Nie gniewasz się?

Odpowiedź padła dopiero po chwili.

– Nie, oczywiście, że nie... Skoro uważasz, że tak będzie lepiej...

– Na pewno. Dla nas obojga. Trzymaj się, jutro zadzwonię.

Rozłączył się i schował komórkę do kieszeni. Dochodził akurat do delikatesów. Przystanął, pomyślał przez chwilę, po czym pchnął drzwi wejściowe.

Zanim wyszedł z pracy, długo rozmawiał z dźwiękowcem, który kilkanaście razy odsłuchał końcówkę audycji. Jego opinia była jednoznaczna – gdyby nie fakt, że na końcu nie było słychać odgłosu upadającego telefonu, dałby sobie rękę uciąć, że kobieta popełniła na antenie samobójstwo. Odgłos przewracanego taboretu lub krzesła, a pośród dźwięków szamotaniny słabo słyszalne dźwięki zadławienia, przechodzące w rzężenie nie pozostawiałyby złudzeń. Ale trudno przypuszczać, że osoba, która targnęła się na własne życie, zakończyła je, wciąż trzymając telefon komórkowy w dłoni. Trochę było to pocieszające, lecz niewystarczająco. Podchodząc do lady, Andrzej wiedział, czego mu potrzeba.

– Poproszę jacka danielsa i dwie paczki czerwonych marlboro.

6.

Był mniej więcej w połowie butelki i odpalał kolejnego papierosa, gdy zadzwonił telefon.

– Witam – głos naczelnego brzmiał dość nienaturalnie. – Może pan rozmawiać?

– Oczywiście. Są jakieś nowe informacje?

– Przykro mi, ale tak. Sprawdziły się nasze najgorsze przypuszczenia...

Andrzej z trudem przełknął ślinę i spojrzał łapczywie na stojącą obok szklaneczkę napełnioną whisky.

– Czy to znaczy, że...

– Tak, ta kobieta naprawdę to zrobiła. Znaleziono ją w Busku, w świętokrzyskiem, jakieś pół godziny temu. Telefon miała w kieszeni koszuli, a w uszach słuchawki z mikrofonem wbudowanym w kablu. Dlatego nie słyszeliśmy upadającej komórki.

– Czy mogę panu jakoś pomóc? – zapytał Słowiński, gdy nie usłyszał żadnej odpowiedzi.

– Nie, dziękuję, poradzę sobie jakoś. – Andrzej nie wytrzymał i jednym haustem opróżnił szklankę. – Czy wiadomo, kim ona jest... była?

– Nie wiem nic poza tym, co panu przekazałem. Jeszcze raz powtarzam: nikt normalny nie wini pana za to zdarzenie. Ale... – naczelny zawiesił głos – ale to dobrze, że wyjeżdża pan za granicę na urlop. Jutro w mediach z pewnością rozpęta się piekło.

– Tak, dziękuję panu.

Do widzenia. I proszę się nie przejmować.

– Dobrze. Do widzenia.

Pół godziny później, kompletnie pijany, leżał w ubraniu na łóżku i usiłował skupić wzrok na świetle latarni, które padało na sufit. „Proszę się nie przejmować” – przypomniał sobie ostatnie zdanie Starego.

„Chyba mu całkiem odbiło” – pomyślał i zapadł w głęboki sen.

7.

Pierwszą rzeczą, jaką zrobił następnego dnia, było włączenie komputera. Kac bardzo męczył i Andrzej zamierzał za chwilę poszukać czegoś do picia, lecz najpierw chciał sprawdzić, co na temat całej sprawy piszą portale internetowe.

Informacje od razu rzucały się w oczy. Wszystkie najbardziej znane strony opisywały całe wydarzenie, jednak – co z ulgą wychwycił Andrzej – nie przypisywały mu winy.

Dwudziestotrzyletnia Anna cierpiała na ciężką depresję spowodowaną śmiercią męża i rocznego synka, którzy zginęli w wypadku samochodowym pół roku wcześniej. W artykułach było kilka wywiadów z psychiatrami, którzy zgodnie twierdzili, że w takim przypadku, impulsem do samobójstwa może być nawet najbardziej błahy powód.

Miał już wyłączyć komputer, gdy postanowił jeszcze odwiedzić internetową witrynę najbardziej popularnego brukowca. Oniemiał, gdy portal się załadował. „Redaktor morderca” grzmiał wielki na pół monitora tytuł. Miał już zabrać się za przeczytanie artykułu, gdy na dole strony zobaczył zdjęcie. Natychmiast w nie kliknął i na środku ekranu pojawiła się ładna twarz młodej blondynki. „Ania wciąż byłaby wśród nas, gdyby nie telefon do redaktora Stolarczyka” brzmiał podpis pod zdjęciem. Ale to nie on najbardziej poruszył Andrzeja, który długo wpatrywał się w fotografię. Był pewien, że gdzieś już widział tę dziewczynę.

Siedział tak przez dłuższą chwilę, usiłując przypomnieć sobie, w jakich okolicznościach spotkał Annę – miał nieodparte wrażenie, że musiało to się zdarzyć całkiem niedawno. W końcu jednak, po kilku minutach, dał za wygraną; pragnienie było silniejsze, więc wstał i poszedł poszukać czegoś w lodówce. Gdy przekroczył próg kuchni, spojrzał na odsunięte od stołu krzesło i olśnienie przyszło w jednej chwili.

– Boże przenajświętszy... – bezgłośnie poruszał wargami – przecież ona była tu ostatniej nocy...!

8.

– Nie wydaje ci się, że trochę przesadzasz?

Gdy Andrzej nie zareagował, ciągnęła:

– Rozumiem, że to przeżywasz. Wiem, że takie ataki w mediach mogą zdołować, ale tym bardziej powinniśmy byli pojechać na narty. Już nie mówię o tym, że zaliczka przepadła... Najgorsze jest to, że siedząc w mieście, oboje marnujemy urlop, który tak trudno było nam dostać. Pomyśl, kiedy następnym razem będziemy mieli taką okazję, żeby ze sobą dłużej pobyć? Siedzisz cały czas sam – to cud, że udało mi się wreszcie namówić cię na to, żebyś się ze mną zobaczył...

Nie miał ochoty na spotkanie z Martą. Z nią ani z kimkolwiek innym, ponieważ od czterech dni dobrze czuł się tylko we własnym towarzystwie. Nigdzie nie wychodził, za wyjątkiem dwóch wizyt w pobliskim sklepie. Pierwsza z nich zakończyła się ostrymi uwagami sąsiadki z dołu, która zarzuciła mu brak delikatności w rozmowach ze słuchaczami, tak więc za drugim razem zrobił zapasy na cały tydzień.

Ataki mediów nie ustawały. Po dwóch dniach od samobójczej śmierci Anny Marzec, wszystkie serwisy informacyjne pełne były wiadomości na jej temat i na temat dziennikarza, który ją sprowokował. Dopóki Andrzej nie wyłączył telefonu, ciągle ktoś z mediów dzwonił z prośbą o komentarz. Gdy na jednym z kanałów wyemitowano obszerny reportaż o całej sprawie, zupełnie przestał oglądać telewizję. Nie słuchał radia i nie zaglądał do Internetu.

Siedzieli teraz w jego mieszkaniu, a on czuł na sobie niecierpliwy wzrok.

– Słuchasz mnie?

Pożałował, że nie przyszło mu do głowy, by wyłączyć także drugi telefon, którego numer znała tylko Marta i kilka najbardziej zaprzyjaźnionych osób. Swoją drogą, ciekawe było to, że żadna z nich nie uznała za stosowne odezwać się, żeby choć spróbować podnieść go na duchu.

– Tak, oczywiście.

– Naprawdę? W takim razie, co przed chwilą mówiłam?

Spojrzał na nią, nie mając pojęcia, co odpowiedzieć.

– Powiedziałam, żebyś przestał się wreszcie nad sobą rozczulać i wziął się w garść. Przecież nie możesz tutaj tak siedzieć. Za tydzień wracasz do pracy i co – do tej pory nie zamierzasz się nawet ogolić? A może mi powiesz, że przez cały ten czas nie będziemy się spotykać?

– Wiesz, kochanie, trochę źle się czuję. Może zadzwonię wieczorem, co? Jakoś się umówimy.

Ale nie zadzwonił. Ani wieczorem, ani przez następne dni. Po południu sięgnął po komórkę tylko po to, żeby ją wyłączyć.

9.

Najgorsze były noce.

Andrzej siedział przy stole i czytał godzinami, aby zająć myśli czymś innym i by choć trochę odwlec moment położenia się spać. Wypijał przy tym hektolitry mocnej czarnej kawy, jednak wystarczało to najwyżej do trzeciej, może czwartej. Kiedy już nie widział liter, a głowa leciała bezwładnie do przodu, kładł się do łóżka. Nastawiał budzik na szóstą, mając nadzieję, że będzie spał jak kamień i ten sen w końcu mu się nie przyśni.

Jednak każdej nocy wstawał i szedł do kuchni, a ona już tam była. Siedziała zawsze w tym samym miejscu, górne światło było zapalone, więc dokładnie widział jej twarz. Anna patrzyła na niego tak, jak gdyby chciała mu coś powiedzieć, otwierała usta, lecz nie wydobywał się z nich nawet najcichszy szept, po czym w jej oczach pojawiały się łzy. Patrzyła jeszcze przez chwilę na Andrzeja, wstawała, mijała go w drzwiach i zostawiała stojącego w progu kuchni.

Pod koniec urlopu zaczął już się do tego przyzwyczajać. Nocny koszmar dręczył go w dalszym ciągu, jednak Andrzej miał nadzieję, że wszystko się skończy, gdy wróci do pracy i przestanie całej tej sytuacji poświęcać tyle uwagi.

W sobotę wreszcie umówił się z Martą. Kiedy się spotkali, zapewnił, że czuje się już dużo lepiej i mocno przytulając, przeprosił za swoje zachowanie.

Nawet gdyby tego nie zrobił, i tak nie potrafiłaby mieć do niego pretensji. Oceniła, że schudł przez ten czas z pięć kilo, a gdy patrzyła na jego poszarzałą twarz, żałowała, że nie potrafiła mu pomóc wtedy, gdy tego potrzebował. Przypomniała sobie swoje słowa o jego rozczulaniu się nad sobą i poczuła się podle. Tak podle, jak chyba nigdy wcześniej.

Był zadowolony, że wreszcie zdecydował się na wspólny wieczór, który spędzili tak, jak gdyby nic nie zaszło. Wszystko zdawało się być jak dawniej, jednak gdy dziewczyna zaproponowała wspólne spędzenie nocy, oznajmił, że nie jest jeszcze na to gotowy. Wtedy Marta pocałowała Andrzeja i mocno wtuliła się w jego ramiona.

– Dobrze, kochanie – powiedziała. – Jeśli uważasz, że tak będzie lepiej, to niech tak będzie. Pamiętaj tylko, że bardzo cię kocham i cały czas jestem z tobą.

Uśmiechnął się.

– Pamiętam. I też cię kocham.

10.

Wcześniej niż zwykle położył się do łóżka. Był spokojny i rozluźniony. W pewnej chwili nawet pożałował, że nie ma przy nim Marty, jednak po zastanowieniu stwierdził, że lepiej, aby najpierw skończyły się jego koszmary. Nie wiedział, jak by się zachował, jeśli sen powtórzyłby się, a jego dziewczyna leżałaby wtedy obok. Nie chciał niczego zepsuć – i to w momencie, w którym wszystko wydawało się iść w lepszą stronę.

Obudził się o wpół do dziesiątej. Tej nocy wreszcie nic mu się nie śniło, a na dodatek zapomniał nastawić budzik na szóstą. Pomimo, że czuł się wyspany, nie miał zbyt dobrego nastroju. Nie chciało mu się wracać do pracy, głównie dlatego, że obawiał się, jak zostanie po tym wszystkim przyjęty. I wcale nie chodziło mu o Marczewską – niczego nie był pewien tak bardzo, jak jej nastawienia. O wiele bardziej bał się tego, czy naczelny wciąż jest tego samego zdania, co dwa tygodnie wcześniej. Przecież po tej całej nagonce medialnej wszystko się mogło zmienić.

Po południu poszedł na spacer brzegiem Wisły.

Kilka dni wcześniej zaczął się drugi tydzień marca. Na niebie nie było ani jednej chmury, słońce przygrzewało dość mocno, jak na tę porę roku, a spomiędzy bezlistnych jeszcze gałęzi słychać było ptasie poruszenie, tak charakterystyczne dla czasu zapowiadającego eksplozję zieleni. Andrzej usiadł na ławce i patrzył na przepływającą wodę, która niosła ze sobą resztki zabranych wraz ze śniegiem śmieci, połamanych gałęzi i kawałki lodu. Wreszcie po tych dwóch koszmarnych tygodniach odzyskiwał spokój. Był przekonany, że wir pracy, w który zamierzał się rzucić i ciepłe wiosenne dni wymyją z jego pamięci resztki wspomnień o ostatnich wydarzeniach.

W nocy znów przyśniła mu się Anna, lecz inaczej niż poprzednio. Siedziała na krześle ustawionym pośrodku kuchni, a jej twarz oświetlało nie – tak jak zawsze dotąd – górne światło, lecz jarzeniówka umieszczona nad zlewem.

Gdy zadzwonił budzik, starał się o tym nie myśleć. Wstał, zarzucił na plecy polarową bluzę i szybko wyszedł na korytarz. Drzwi do kuchni były uchylone, a krzesło, które poprzedniego wieczoru dosunął do stołu, stało na środku pomieszczenia. Było dokładnie widoczne w bladoniebieskim świetle jarzeniówki.

11.

Cały dzień spędził leżąc na łóżku.

Nie roztrząsał, jak to się stało, że zastał krzesło na środku kuchni. Jedno było pewne – miał tego wszystkiego dosyć.

Miał dosyć nocnych koszmarów połączonych z wyrzutami sumienia za spowodowanie śmierci niewinnej kobiety i – przede wszystkim – miał dosyć swojej pracy. Dziwił się, gdy przypominał sobie długie lata, w których z takim zapałem pracował od rana do wieczora, nie mając nawet czasu na zjedzenie kanapki. Teraz cały ten okres wydawał mu się całkowicie zmarnowany. „Jaki sens ma praca, która może kogoś doprowadzić do samobójstwa?” – myślał. Już od kilku dni dręczyło go narastające poczucie winy. Choć początkowo się przed tym bronił, teraz zaczynał przyznawać rację tym wszystkim, którzy w nim widzieli głównego winowajcę i sprawcę śmierci młodej, ślicznej dziewczyny. Przecież gdyby lepiej przygotował się do programu, gdyby wiedział, jak łatwo w takiej sytuacji popełnić tak niewybaczalny błąd, to do tego wszystkiego prawdopodobnie by nie doszło. Wreszcie postanowił, że następnego dnia złoży wymówienie. Chociaż w ten sposób chciał symbolicznie przyznać się do winy.

Zawahał się przez jedną chwilę w momencie, gdy uświadomił sobie, że nie ma prawie żadnych oszczędności. Do tej pory żył, nie zastanawiając się, co będzie za kilka lat. Zarabiał nieźle, ale i potrzeby miał duże, więc z pieniędzy, które co miesiąc wpływały na konto, niewiele zostawało. Ten głos rozsądku został jednak natychmiast zagłuszony czymś innym, o wiele mocniejszym – niemal fizycznym strachem na myśl o kolejnych dniach spędzonych przed mikrofonem. A co byłoby, gdyby ta sytuacja sprzed dwóch tygodni się powtórzyła? Nie, nie można do tego dopuścić, nawet, gdyby resztę życia trzeba było spędzić na zamiataniu ulic.

„A Marta? – pytał sam siebie w myślach. – Może ona jest ze mną tylko dlatego, że nie chce mnie zostawić samego w takiej chwili? Pewnie i tak odejdzie, prędzej, czy później. Kto by chciał spędzić całe życie z takim żałosnym nieudacznikiem...”.

Przypomniał sobie, jak ostatnio zaproponowała, aby wspólnie spędzili noc, i pomyślał, że nie ma chyba dla mężczyzny nic bardziej upokarzającego niż to, że kobieta chce z nim być tylko i wyłącznie z litości.

12.

– Nie ma mowy, panie Andrzeju. Ja nie mogę się na to zgodzić – powiedział stanowczo Słowiński, odkładając na stół podanie o rozwiązanie umowy o pracę. – Jest pan moim najlepszym redaktorem i proszę mi nie wyjeżdżać z takimi pismami. Jeśli potrzebuje pan wolnego – proszę bardzo. Może pan wykorzystać cały urlop na ten rok. Mogę się zgodzić na półroczny, a nawet dłuższy urlop bezpłatny. Wiem, ile pan ostatnio przeszedł i to normalne, że potrzebuje pan trochę czasu, żeby z tym wszystkim dojść do jakiegoś ładu. Ale rezygnacja z pracy nie wchodzi w grę, a już z pewnością nie w tym momencie. Możemy się umówić, że weźmie pan pół roku wakacji i po powrocie do pracy wrócimy do tej rozmowy.

Stolarczyk siedział naprzeciw naczelnego ze spuszczoną głową. Znów nie spał prawie całą noc i było to doskonale widoczne na jego nieogolonej twarzy. Koszula, którą miał na sobie, nie była wyprasowana, ponieważ gdy szykował się do wyjścia, uznał, że wygląd ma znaczenie wtedy, kiedy ktoś stara się o posadę, a nie w sytuacji odwrotnej, jeśli zamierza z pracy zrezygnować. Przechodząc korytarzem, widział zdziwione twarze kolegów, którzy nie przywykli oglądać redaktora Stolarczyka w takim stanie. Wreszcie się odezwał:

– Szefie, ale ja nie wyobrażam sobie, że mógłbym jeszcze kiedykolwiek usiąść przed mikrofonem...

– O tym porozmawiamy za pół roku – przerwał Słowiński. – Nawet jeśli tak będzie, to na pewno znajdziemy u nas inne zajęcie dla takiego fachowca. Proszę spokojnie odpoczywać. Podejdziemy teraz do kadrowej – mówił podnosząc się z fotela – i szybko załatwimy formalności.

Andrzej również wstał, jednak naczelny wciąż widział w jego oczach niezdecydowanie.

– Przecież niczym pan nie ryzykuje. Wypowiedzenie zawsze zdąży pan jeszcze złożyć.

Pół godziny później powolnym krokiem szedł w kierunku domu. To był pierwszy tak ciepły dzień w tym roku. Mijani ludzie mieli porozpinane kurtki, na chodniku nie było prawie nikogo, kto nosiłby nakrycie głowy. Słońce grzało dość mocno, a nadzieję na rychłą wiosnę przynosił ze sobą ciepły, wilgotny wiatr. Jednak Andrzej jakby tego wszystkiego zupełnie nie zauważał. Ciepłą wełnianą czapkę miał głęboko nasuniętą na oczy, szyję szczelnie otulił długim szalem. Jego ciałem co chwila wstrząsały gwałtowne dreszcze. Zupełnie nie zwracał uwagi na to, co działo się wokół. Na przejście dla pieszych wszedł na czerwonym świetle, powodując gwałtowne hamowanie kilku samochodów. Na środku ulicy przystanął, opatulił się szczelniej kurtką, jakby chciał schować się przed dźwiękiem klaksonów, i ruszył przed siebie. Niedługo potem z ulgą otworzył drzwi do swojego mieszkania.

Nie rozbierając się, obszedł całe mieszkanie, we wszystkich pomieszczeniach zaciągając żaluzje i zasłony. Chciał za wszelką cenę odgrodzić się od światła i ciepła, które było na zewnątrz. Zawsze uwielbiał dni, które zapowiadały nadejście wiosny. Teraz było inaczej. Czuł się winny, że on może tego wszystkiego doświadczać, podczas gdy dla Anny ostatnia wiosna skończyła się w czerwcu poprzedniego roku.

*

Właśnie wtedy postanowił, że przez kilka najbliższych dni nie wyjdzie z domu.

13.

Kilka dni zamieniło się w kilka tygodni.

Przez cały ten czas Marta starała się być jak najbliżej Andrzeja. Robiła zakupy, gotowała, sprzątała mieszkanie. Była wtedy, gdy tego potrzebował, a znikała, gdy zaczynał zdradzać oznaki zniecierpliwienia.

To był dla niej potwornie trudny okres. Andrzej zupełnie nie przypominał siebie. Całe dnie spędzał w jakimś dziwnym transie, przerywanym wciskanymi na siłę posiłkami i zdawkowymi, wymuszonymi rozmowami. Gdy go pytała, jak może mu pomóc, nieodmiennie odpowiadał, że wszystko z nim w porządku i musi tylko trochę odpocząć. Dziewczyna nie pamiętała, aby przez cały ten czas uśmiechnął się choćby jeden raz.

Na przełomie kwietnia i maja coraz częściej mówił jej, że chce być sam. W związku z tym, bywała u niego raz na dwa, trzy dni, tylko po to, aby przynieść zakupy albo jakieś ciepłe danie z pobliskiego baru. Jedyne, co w tej sytuacji ją cieszyło, to fakt, że Andrzej, mimo iż spożywanie posiłków wyraźnie nie sprawiało mu żadnej przyjemności, jadł w miarę regularnie i przestał gwałtownie chudnąć.

Mniej więcej w tym czasie zaczęli się do Marty odzywać jego przyjaciele. Byli zaniepokojeni, że Andrzej nie kontaktuje się z nimi, a nawet nie odbiera telefonów. Tłumaczyła, że powoli dochodzi do siebie i zapewne wkrótce wszystko wróci do normy. Mówiła to starając się, aby jej opinia brzmiała jak najbardziej wiarygodnie, jednak sama miała ogromne wątpliwości, czy rzeczywiście wszystko zmierza ku lepszemu.

Wreszcie postanowiła działać i poprosiła o pomoc swoją najlepszą przyjaciółkę. Widziała, że stan psychiczny jej mężczyzny bardzo się pogarsza i obawiała się, że w czasie, gdy jest on w domu sam, może dojść do tragedii.

Ilona była lekarzem internistą i znała całą sytuację od podszewki. Chętnie zgodziła się spróbować pomóc, ponieważ zdawała sobie sprawę, że jeśli Andrzej kogokolwiek zechciałby posłuchać, to właśnie jej, gdyż – podobnie jak Marta – przyjaźnił się z nią od lat. Wcześniej, jeszcze przed samobójstwem słuchaczki, chętnie zwracał się do Ilony z prośbą o pomoc, gdy zachodziła taka potrzeba.

Jej odwiedziny w mieszkaniu Andrzeja trwały dosłownie kilka minut. Kategorycznie oświadczył, że nie ma mowy o jakiejkolwiek depresji i nie zamierza się z tym zwracać do psychiatry.

– Czuję się coraz lepiej – mówił, a Marta wsłuchiwała się w ich rozmowę, będąc w kuchni. – Naprawdę, jedno, czego tak naprawdę potrzebuję, to dłuższy odpoczynek.

– Ale Marta mówi, że wyglądasz i zachowujesz się tak, jakbyś zupełnie stracił chęć do życia, a – z tego, co wiem – jest to jeden z najbardziej charakterystycznych objawów depresji... Tym bardziej, że trwa to już przecież dłuższy czas...

– Marta niepotrzebnie się martwi – przerwał. – Wiem, że to trwa już dość długo, jednak z każdym dniem czuję się lepiej. Naprawdę. Potrzeba mi jedynie dłuższego odpoczynku.

Ilona przyglądała mu się badawczo.

– Obiecasz mi, że jeśli to się nie zmieni, posłuchasz mojej rady? – zapytała.

– No jasne, Ilonka. Możesz być o to spokojna.

Marta odprowadziła przyjaciółkę do drzwi. Była jeszcze w korytarzu i zamknęła właśnie drzwi na zasuwę, gdy Andrzej wyszedł z pokoju i spojrzał na nią ze wściekłością.

– Chcesz ze mnie zrobić wariata? – syknął. – Wszystkim znajomym rozpowiadasz o tym, że trochę gorzej się czuję?

– No coś ty, Andrzejku, mówiłam o tym tylko Ilonie... Wiesz przecież, że...

– I wystarczy. Nikomu więcej ani słowa, rozumiesz? Jeszcze będę miał przez to problemy po powrocie do pracy, a tego chyba nie chcesz?

Pokręciła przecząco głową. Zrozumiała, że w tej sytuacji jedyne, co może zrobić, to cierpliwie czekać. I postanowiła, że będzie czekać tak długo, jak tylko będzie trzeba. Właśnie wtedy, właśnie w tych ciężkich chwilach w sposób najbardziej wyraźny odczuwała, jak bardzo potrzebuje tego dawnego Andrzeja, z którym była taka szczęśliwa. Prosiła Boga, aby ten stan powrócił, lecz z każdym dniem jej nadzieja była bardziej krucha.

14.

A jednak nastąpiło coś, co Martę całkowicie zaskoczyło. Mniej więcej w połowie maja, w sobotnie przedpołudnie, w jej drzwiach stanął Andrzej. Wyglądał tak, jak kiedyś. Ogolony, w starannie dobranym ubraniu, nawet pachniał jej ulubioną wodą toaletową, a na powitanie uśmiechnął się do niej dokładnie tak jak dawniej.

– Cześć, skarbie – powiedział. – Chciałbym cię zabrać na długi spacer.

– Andrzejku! Boże święty, ale mnie zaskoczyłeś... Poczekaj, tylko się ubiorę, dobrze?

– No pewnie. – Ciągle się uśmiechał. – Tylko szybko, bo szkoda takiej pogody. Jak szedłem do ciebie, to widziałem, że bez już prawie przekwitł. Szkoda, że teraz dzieje się to tak szybko. Pamiętam, że kiedyś kwitł jeszcze na Dzień Matki, a teraz...

Słyszała jego głos z przedpokoju. W tym czasie z bijącym sercem i łzami w oczach przebierała się w swojej małej garderobie. Miała nadzieję, że za chwilę wszystko się wyjaśni i Andrzej wszystko jej wytłumaczy.

Tak się jednak nie stało. W czasie ich spotkania nie chciała psuć cudownej atmosfery dociekliwymi pytaniami. Poszli do ich ulubionej letniej kawiarni położonej na skraju parku i usiedli pod jednym z parasoli. Andrzej usadowił się w ten sposób, aby słoneczne światło padało na jego twarz, po czym zamknął oczy i uśmiechnął się błogo. Siedzieli milcząc do momentu, gdy kelnerka przyniosła dwie kawy. Wtedy on przysunął się do Marty i delikatnie dotknął jej dłoni.

– Wiesz, dziękuję Bogu za wszystkie chwile, które mogłem z tobą spędzić – mówił z uśmiechem. – I bardzo cię kocham. Mówiłem ci to już kiedyś?

Marta roześmiała się.

– Nie pamiętam, być może – odpowiedziała. – Ale możesz to powtarzać tyle razy, ile tylko zechcesz.

*

Gdy późnym wieczorem leżała w swoim łóżku, znów się uśmiechnęła. Przed oczami zobaczyła Andrzeja w momencie, gdy dotykał jej dłoni. I patrzył na nią tak... uważnie. Uważnie?

Uśmiech w jednej chwili zniknął z twarzy dziewczyny. Starała się przypomnieć sobie wyraz jego oczu. Nie, one nie były uważne. Raczej smutne. Tak... Zaraz, co on wtedy powiedział? „Dziękuję Bogu za wszystkie chwile, które mogłem z tobą spędzić”?

Gwałtownie usiadła na łóżku. Jej serce waliło jak opętane. Spojrzała na zegarek, było piętnaście minut po północy. Wzięła do ręki telefon i wystukała numer komórki Andrzeja. Od razu włączyła się automatyczna sekretarka. Potem spróbowała na numer stacjonarny. Usłyszała tylko miarowe buczenie sygnału, oznajmiające, że telefon dzwoni, lecz nikt nie ma zamiaru go odebrać.

Gdy odkładała słuchawkę, przypomniała sobie coś, co sprawiło, że na jej czole pojawiły się kropelki zimnego potu. Tuż przed rozstaniem Andrzej poprosił ją o klucze do swojego mieszkania. Tłumaczył, że gdzieś mu zginął jeden komplet i musi na wszelki wypadek wymienić zamki w drzwiach, jednak w tej chwili dla Marty wytłumaczenie było tylko jedno – on po prostu nie chciał, aby dostała się do domu w niewłaściwym momencie.

– O Boże! – szepnęła.

Stała jeszcze przez chwilę przy telefonie, nie mogąc się poruszyć. Wreszcie pobiegła do sypialni i zaczęła się gorączkowo ubierać.

15.

Przemyślał wszystko bardzo starannie. Wiedział, że są różne sposoby, ale ponoć najskuteczniejszy z nich – skok z dużej wysokości, odrzucił od razu. Kiedyś przez przypadek widział dziewczynę, która podjęła właśnie taką decyzję. Mózg przemieszany z kawałkami czaszki, rozpryśnięty wokół na kilka metrów... Niby powinno być mu wszystko jedno, ale dla tych, co zbieraliby jego resztki z chodnika, a potem wkładali do trumny, z pewnością różnica by istniała. Poza tym, był znaną osobą i nie chciał, żeby przypadkowi przechodnie oglądali wnętrze jego głowy.

Sam był zaskoczony chłodną kalkulacją, która nie pozwalała mu również skończyć ze sobą w sposób, który wybrała Anna. Wytrzeszczone oczy i wywalony na zewnątrz, zsiniały język, do tego szrama na szyi widoczna nawet w trumnie... Chciał oszczędzić tego Marcie.

Silne lekarstwa popite dużą ilością alkoholu wydawały mu się najlepszym wyborem.

Nie miał problemu ze zdobyciem dużej ilości klonazepamu. Przejrzał wcześniej Internet w poszukiwaniu najbardziej odpowiedniego środka i właśnie ten wydał mu się zdecydowanie najlepszy. Wiedział, że żaden lekarz nie zapisze mu kilku opakowań leku, więc wybrał się na bazar, gdzie bez zbędnych pytań młoda dziewczyna sprzedała żądany towar. Sto dwadzieścia dwumiligramowych tabletek stanowiło dwunastokrotność dawki zagrażającej życiu. W połączeniu z prawie litrem jacka danielsa było pewnym sposobem na próbę zakończoną sukcesem.

Miał nadzieję, że Marta niczego się nie domyśliła. Podczas spotkania i w momencie, gdy się rozstawali, wyglądała na szczęśliwą, że Andrzej wraca do życia. Teraz nie miała też kluczy, więc nawet jeśli pojawiłaby się w ciągu najbliższych godzin pod jego drzwiami, nie zdołałaby mu przeszkodzić w realizacji planu. Antywłamaniowe, zbrojone drzwi, w połączeniu z trzema zamkami, z których jeden uruchamiał stalowe sztaby, stanowiły wystarczające zabezpieczenie. Zanim położył się do łóżka, sprawdził dokładnie, czy wszystkie zamki zostały zamknięte.

Przez chwilę leżał na łóżku, wsłuchując się w dźwięki rozluźniającego jazzu, które płynęły z głośników, wypełniając pokój. Przypomniał sobie, że tę płytę podarowała mu Marta. Od tamtej pory była to jego ulubiona muzyka. Uśmiechnął się i przez jakiś czas dał się ponieść dźwiękom fortepianu, wyczarowanym przez Leszka Możdżera.

Obok, na nocnym stoliku, leżał pierścionek zaręczynowy, który już nigdy nie zostanie wręczony. Andrzej wziął go do ręki i obracał w palcach, wspominając ukochaną kobietę. „Po tym, co się stało, nigdy nie byłabyś ze mną szczęśliwa, skarbie” – pomyślał. Z namaszczeniem odłożył pierścionek. Nalał sobie pełną szklankę alkoholu i sięgnął po pierwsze opakowanie klonazepamu.

16.

Dostrzegła światła samochodu zbliżającego się z lewej strony, jednak dwupasmowa droga była całkowicie pusta i sądziła, że widząc włączające się do ruchu auto, kierowca nadjeżdżającego pojazdu zmieni pas. Zaraz potem silne uderzenie wstrząsnęło jej astrą.

– Żesz, jasna cholera! Kto ci dał prawo jazdy?! – Starszy mężczyzna, który wyskoczył z fiata pandy, stał teraz przy jej drzwiach. – Pijana jesteś, czy co? Mogłaś mnie zabić! – krzyczał.

Próbowała otworzyć drzwi, jednak zdenerwowany staruszek był zbyt blisko.

– Dzwonię po policję. Może oni cię nauczą jeździć! – Wyjął z kieszeni kurtki komórkę i zaczął wybierać numer. – Tyle lat zbierałem na samochód... Halo! Policja? Zgłaszam wypadek i wymuszenie pierwszeństwa...

Marta wygramoliła się wreszcie ze swojego opla.

– Proszę pana, zapłacę za naprawę, tylko... Strasznie się śpieszę... Proszę, niech pan nie zgłasza tego zdarzenia. Błagam pana.

– Ja ci dam „błagam”. Zaraz tu będą i zobaczysz! Wsiadaj do samochodu i czekaj tam! Kurwa! Moje auto...

Chciała przecisnąć się obok mężczyzny, ten jednak bezceremonialnie złapał ją za ramię.

– Wsiadaj, powiedziałem. Wsiadaj i czekaj. Już ja przypilnuję, żebyś mi nie uciekła...

Czekali na policję prawie pół godziny. Gdy pojawił się radiowóz i policjanci zażądali dokumentów, Marta zorientowała się, że wybiegając w pośpiechu z domu, nie zabrała ze sobą torebki.

– Panie inspektorze – zwróciła się do policjanta – moje dokumenty zostały w mieszkaniu. Ogromnie zależy mi na czasie. Czy jest jakaś możliwość, żebyśmy wyjaśnili tę sytuację jutro?

– Przykro mi – odpowiedział. – Musimy przeprowadzić całą procedurę. Badanie alkomatem, protokół, trzeba uprzątnąć samochody, więc trochę to potrwa.

W torebce została też komórka, więc nie było szans na powiadomienie kogoś ze znajomych i poproszenie o pomoc.

Jedyną pociechą dla Marty było to, że być może się myli. Może wszystko jest w porządku i gdy wreszcie dotrze do Andrzeja, okaże się, że nic złego się nie stało. Czekając na zakończenie policyjnego postępowania, podtrzymywała się na duchu taką właśnie myślą.

Gdy upłynęła godzina, a oni czekali właśnie na przyjazd lawety, podeszła do starszego mężczyzny, który wyglądał już na o wiele spokojniejszego .

– Bardzo pana przepraszam – powiedziała. – Strasznie mi przykro, że przeze mnie ma pan takie nieprzyjemności.

Nie odpowiedział. Patrzył tylko na nią z nieukrywaną złością.

– Pewnie uzna pan to za bezczelność z mojej strony, ale... czy mogłabym zadzwonić z pańskiej komórki? Moja została w domu, a bardzo potrzebuję pomocy. Bardzo pana proszę... Nie mam przy sobie nawet portfela. Muszę zadzwonić do kogoś z przyjaciół, bo bez pieniędzy nawet taksówki nie mogę wezwać...

– Jasna cholera – mruknął. – Nie dość, że rozbiłem przez panią samochód, to jeszcze chce pani wydzwonić moje darmowe minuty?

– Bardzo proszę...

Mężczyzna wahał się jeszcze przez chwilę, po czym sięgnął do kieszeni.

– Niech pani trzyma – powiedział, podając telefon. – Tylko krótko – dodał.

Najpierw wybrała numer Andrzeja. Nic. Potem zadzwoniła do Ilony.

– Oczywiście, zaraz tam będę – usłyszała w słuchawce.

Oddając telefon, powiedziała:

– Jestem panu bardzo wdzięczna. Być może właśnie uratował pan komuś życie...

17.

W chwili, gdy czerwony fiat panda uderzył w lewy bok samochodu Marty, Andrzej przełykał ostatnią porcję klonazepamu. Nie sądził, że to będzie takie proste. Ani przez moment nie ogarnęły go wątpliwości. Czuł, że to, co robi, jest w jego sytuacji najlepszym wyjściem. „Teraz tylko szybko zasnąć” – pomyślał. Tabletki popijał jackiem danielsem. Mimo to w butelce wciąż była ponad połowa jej zawartości. Wypił szklankę złotawego płynu jednym haustem. Coraz bardziej kręciło mu się w głowie i powoli zaczynała ogarniać go senność.

Właśnie nalewał sobie kolejną porcję alkoholu, gdy kątem oka dostrzegł postać stojącą w kącie pokoju.

Był na tyle otępiały, że nie wywarło to na nim specjalnego wrażenia. Gdy szklanka była pełna, podniósł ją do ust i upił kilka solidnych łyków. Powieki ciążyły coraz bardziej, a sufit przyśpieszał w szaleńczym, wirującym tańcu.

– Słyszysz mnie? – do jego uszu dobiegł słaby kobiecy głos. – Pytam, czy mnie słyszysz...

Odstawił szklankę i znów sięgnął po prostokątną butelkę, ta jednak wysunęła mu się z dłoni. Potoczyła się po pokoju, stukocząc hałaśliwie. Z tępym uśmiechem opadł na poduszkę.

– I tak była już prawie pusta – oznajmił zmierzającej w jego stronę kobiecej postaci.

Gdy weszła w krąg światła rzucany przez słabą żarówkę nocnej lampki, Andrzej z wysiłkiem podniósł głowę, wytężając wzrok.

– Witaj – wybełkotał wreszcie, próbując usiąść, jednak był już zbyt pijany i znów położył się na plecach, ciężko oddychając. – Ale... dlaczego właśnie ty? Słyszałem, że w takiej chwili spotyka się bliskich... A ty... Czy aż tak bardzo mnie nienawidzisz, że...

Jego myśli zaczęły się rwać. Nie potrafił już wypowiedzieć ani jednego słowa.

18.

Kiedy Ilona zahamowała pod kamienicą Andrzeja, przy wejściu na klatkę kłębił się mały tłumek ciekawskich, komentujących to, co się przed chwilą wydarzyło. Jedna z kobiet piszczała przenikliwym głosem:

– I dobrze mu tak. Bodaj go nie odratowali! Tyle złego zrobił tej biednej dziewczynie... Bydlak jeden!

Marta rozpoznała w niej sąsiadkę z dołu. Zanim zdążyła zareagować, Ilona już dowiedziała się od stojącego na uboczu mężczyzny, że Andrzeja kilka minut wcześniej zabrało pogotowie.

Dziesięć minut później dotarły do szpitala, w którym pracowała Ilona. Akurat dyżur miał jeden z jej bliskich znajomych, który obiecał zdobyć więcej informacji o stanie Andrzeja. Po niedługim czasie wiedziały już, że próbował popełnić samobójstwo, na domiar złego, rokowania były bardzo niedobre.

*

Po dwóch, ciągnących się w nieskończoność godzinach do kobiet czekających na szpitalnym korytarzu podszedł lekarz. Okazało się, że to on prowadził akcję reanimacyjną.

– Wziął tego naprawdę bardzo dużo – powiedział. – W połączeniu z alkoholem zagrożenie było ogromne, ale fakt, że akcja ratunkowa zaczęła się bardzo szybko, a na nocnym stoliku leżały opakowania po klonazepamie, daje nam duże nadzieje.

– Podaliście flumazenil? – zapytała Ilona.

– Nie było takiej potrzeby. Wiedzieliśmy, jaki lek zażył, poza tym wypłukaliśmy około stu tabletek, więc wszystko powinno się skończyć dobrze. Niemniej jednak – zwrócił się do Marty – gdyby drzwi nie były otwarte, to szanse pani narzeczonego byłyby dużo mniejsze. Zanim ratownicy wezwaliby straż pożarną, mogłoby już być za późno.

Dziewczyna doskonale wiedziała, że wyważanie drzwi na pewno potrwałoby dość długo. Z pewnością nie obeszłoby się bez specjalistycznego sprzętu, może nawet trzeba byłoby sprowadzić podnośnik, żeby dostać się do mieszkania przez okno. Wszystko to trwałoby kolejne dziesiątki minut.

Przez chwilę zastanawiała się, dlaczego podczas ich spotkania wziął od niej klucze. W końcu doszła do wniosku, że pewnie rozmyślił się w ostatniej chwili i odryglował drzwi.

– Panie doktorze – przyszło jej na myśl ważne pytanie, które powinna była zadać już wcześniej – czy to Andrzej zadzwonił po karetkę?

Lekarz popatrzył na nią uważnie, wyraźnie zaskoczony.

– Byliśmy pewni, że to pani dzwoniła po sygnale od pana Stolarczyka. Dyspozytorka odebrała telefon od młodej kobiety, która podała adres i poinformowała o próbie samobójczej. Mówiła też, że to on prosił ją o telefon na pogotowie...

– Marta nie miała ze sobą telefonu – weszła doktorowi w słowo Ilona. – Nawet do mnie dzwoniła z pożyczonej komórki.

– Zresztą, przecież ja nie byłam na sto procent pewna, że chciał sobie coś zrobić – dodała Marta. – Jechałam do Andrzeja, bo zaniepokoiło mnie jego wcześniejsze zachowanie...

– W takim razie postaram się jeszcze czegoś w tej sprawie dowiedzieć – powiedział lekarz, spoglądając na zegarek. – Teraz muszę już wracać na oddział. Proszę się cieszyć, że skończyło się tak, a nie inaczej. Nieszczęście było naprawdę o krok.

– Dziękuję panu. – Marta mocno uścisnęła jego dłoń.

– Proszę podziękować tej osobie, która wezwała pogotowie. To tylko jej zasługa, że była szansa na ratunek.

19.

Dwa dni później Marta siedziała przy łóżku Andrzeja, który powoli wracał do siebie. Do sali weszła Ilona.

– Cześć, kochani. Jak zdrowie, Andrzejku?

Uśmiechnął się blado.

– Zdaje się, że mogło być gorzej...

Przyjaciółka Marty popatrzyła na niego z udawaną złością.

– Nawet o tym nie wspominaj – odparła już zupełnie serio. – Martuniu, chciałabym zamienić z tobą słówko...

Gdy wyszły z sali, Ilona powiedziała:

– Udało mi się odsłuchać taśmę ze zgłoszenia, tak jak prosiłaś.

– No i...? Kto to był?

– Przykro mi, ale tego się już nigdy nie dowiemy. Przynajmniej nie dzięki taśmie. Chyba była jakaś awaria maszyny rejestrujacej. Dyspozytorkę słychać doskonale, lecz poza tym... prawie nic. Tylko jakiś dziwny szum. Nigdy dotąd się coś takiego nie zdarzyło...

Marta wpatrywała się w przyjaciółkę wyczekująco.

– Dotarłam do tej dyspozytorki – ciągnęła jej przyjaciółka. – Była zdziwiona, że nic się nie nagrało. Mówiła, że doskonale słyszała w słuchawce głos młodej dziewczyny, która spokojnie mówiła, że Andrzej prosił ją o wezwanie pomocy. Naprawdę nie wiesz, kto to mógł być? – Gdy dostrzegła bezradne spojrzenie Marty, wzięła ją za rękę. – Na pewno wszystko się wkrótce wyjaśni. Trzymajcie się. Teraz najważniejsze jest to, żebyś była przy Andrzeju. Wiesz, w takich sytuacjach... – Ilona zawiesiła głos.

– Czy on... Czy może spróbować jeszcze raz?

– Na pewno nie można tego wykluczyć. Dobrze, że poprosił kogoś o pomoc, ale przy depresji to właściwie nic nie znaczy... Wiesz, jakie huśtawki nastrojów towarzyszą tej chorobie...

Gdy Ilona zobaczyła łzy w oczach przyjaciółki, przytuliła ją do siebie.

– Dobrze byłoby, gdybyś jeszcze raz spróbowała go namówić na leczenie – szepnęła.

– Spróbuję – odpowiedziała Marta. – Ale wiesz, jaki on jest...

– Wiem. Mam jednak nadzieję, że się uda. Może ja mogłabym wam pomóc?

– Byłabym ci bardzo wdzięczna.

Zaraz potem Ilona zajrzała do sali, w której leżał Andrzej.

– Panie Stolarczyk – zaczęła wesoło – teraz muszę iść do innych pacjentów, ale jeszcze tu wrócę i będę miała z panem do pogadania.

– Tak jest, pani doktor. – Mówiąc to, Andrzej roześmiał się i niezgrabnie zasalutował lewą ręką.

W prawej wciąż tkwił wenflon, do którego przytwierdzona była przeźroczysta rurka kroplówki.

20.

Ostatecznie, za usilnymi namowami Ilony, zgodził się na wizytę u psychiatry i przyjmowanie antydepresantów, choć w dalszym ciągu nie wierzył, że mogła go dopaść depresja. Był przecież człowiekiem twardo stąpającym po ziemi, który nigdy dotąd nie miał problemów z własną osobowością. Lekarz, u którego zaczął się leczyć, przekonywał Andrzeja usilnie, że na tę chorobę może zapaść każdy, niezależnie od siły charakteru, on jednak i tak wiedział swoje.

Była jeszcze Marta, wobec której Andrzej czuł się podle, więc przynajmniej w ten sposób chciał jej zrekompensować to, co przez niego przeszła. Tyle, że lekarstwa, które łykał, niewiele pomagały. Tak naprawdę, podświadomie czuł, że to nie była jego ostatnia próba, jednak tego stanu rzeczy z pewnością nie przypisywał chorobie, w którą właściwie nie wierzył. Po prostu wciąż miał wyrzuty sumienia i nie wyobrażał sobie, aby mógł żyć z takim ciężarem.

Wiedział też, że jeśli nastąpi kolejna próba, to wtedy już wszystko zaplanuje tak, aby niczego nie pozostawić przypadkowi.

*

Starali się do tego nie wracać. Mijały kolejne miesiące, a oni nie rozmawiali właściwie ze sobą o majowym zdarzeniu. Raz tylko, na początku lipca, Marta spytała, kim była kobieta, która wezwała pogotowie.

– Jaka kobieta? O czym ty mówisz?

– Andrzej, proszę cię... Przecież chyba wiesz, że dzięki niej pomoc przyszła na czas. Mam do ciebie żal, że to nie do mnie wtedy zadzwoniłeś. Zastanawiam się też... Powiedz, czy ona miała klucze od twojego mieszkania? Wtedy, po... no wiesz, po tym wszystkim powiedziałeś mi, że pozamykałeś drzwi... Jak wytłumaczyć to, że jednak były otwarte?

– Nie wiem, na Boga... Niczego nie kojarzę, poza tym, że położyłem się do łóżka i zacząłem łykać te tabletki. Może nie pamiętam, jak wstałem i odryglowałem zamki...

Zauważył, że Marta przygląda mu się nieufnie. Odwrócił wzrok. Jeszcze tego brakowało, żeby pomyślała, że kogoś miał. Już wcześniej postanowił, że nie powie jej o swoich nocnych przywidzeniach. Bał się, że jego spojrzenie może coś zdradzić, patrzył więc w kąt pokoju, słuchając, jak dziewczyna opowiada o telefonie, który uratował mu życie i o głosie kobiety, który słyszała jedynie dyspozytorka pogotowia.

Po dłuższej chwili znów popatrzył dziewczynie w oczy.

– Kochanie, przysięgam, nie wiem, kto dzwonił. Proszę, nie mówmy już o tym. Nigdy, dobrze?

Marta ujęła w dłonie jego rękę i przytuliła ją do swojej twarzy. Zbyt mocno kochała Andrzeja, aby w tej sytuacji dręczyć go kolejnymi pytaniami. Nawet jeśli była jakaś inna kobieta, uznała, że to nie jest w tej chwili istotne. Spokój – to było to, czego Andrzej potrzebował najbardziej. I postanowiła, że za wszelką cenę mu go zapewni.

– Widocznie tej dyspozytorce coś się pomieszało – powiedziała. – Dobrze, że jesteś. Tylko to się liczy.

21.

Busko Zdrój. Niewielkie miasto położone na Ponidziu, w województwie świętokrzyskim. Tam właśnie zamierzał pojechać w pierwszy weekend po Wszystkich Świętych.

Powiedział Marcie, że chce odwiedzić grób rodziców w okolicach Bydgoszczy. Chciała jechać z nim, ale przekonał ją, że lepiej będzie, jak pojedzie sam.

– Powrót w rodzinne strony pozwoli mi odzyskać równowagę – przekonywał. – Zobaczysz, że potem wszystko wróci do normy. Potrzebuję tylko kilku dni spędzonych u siebie.

Drżała z niepokoju, że musi rozstać się z Andrzejem na dłuższy czas, jednak postanowiła zaryzykować i uwierzyć jego zapewnieniom. „Przecież gdyby chciał, to i tak zrobiłby to bez mojej wiedzy” – myślała.

*

Jeszcze przed wyjazdem, szukając planu miasta w Internecie, dowiedział się przypadkiem, że na cmentarzu, na którym pochowana jest Anna, leży też Wojtek Bellon, człowiek niegdyś bardzo ważny w życiu Andrzeja.

Informacja o tym, że wkrótce będzie na grobie Wojtka, pochłaniała go teraz nawet bardziej, niż cel planowanej wizyty w Busku. Wydobywał z zakamarków pamięci wspomnienia o swoich wyjazdach w góry, podczas studiów, kiedy to utwory Wolnej Grupy Bukowina znaczyły dla niego bardzo wiele. Znał wszystkie piosenki tego zespołu na pamięć, a nawet dzięki nim nauczył się grać na gitarze i okazało się, że wychodzi mu to całkiem nieźle.

Andrzej ze zdumieniem stwierdził, jak bardzo w życiu odszedł od własnych młodzieńczych ideałów. Nie mógł pojąć, jak to się stało, że zmienił się w cynicznego realistę, którego interesuje tylko kariera. Te myśli jeszcze bardziej utwierdziły go w przekonaniu, że takie życie jest nic niewarte.

*

Zanim wyjechał z Warszawy, odwiedził dwa sklepy. Pierwszym z nich był salon muzyczny, w którym kupił płytę Wolnej Grupy.

W drodze z odtwarzacza sączyły się od wieków niesłyszane: Majster Bieda, Chodzą ulicami ludzie, Zobacz, Anno, Ponidzie, Pejzaże Harasymowiczowskie, Jakże blisko...

„Jakże blisko zostało mi do końca tej podróży, przyśpieszam więc Ikara lot, by cię ujrzeć” – śpiewał Wojtek, gdy Andrzej mijał rogatki Buska.

W bagażniku leżał drugi zakup, dokonany w sklepie sportowym. Był to, niedbale rzucony na pokrywę koła zapasowego, zwój cienkiej linki alpinistycznej.

*

Było już ciemno, kiedy zatrzymał samochód przy cmentarnej bramie

Sądził, że bez problemu uda mu się znaleźć grób Wojtka. Ponieważ wciąż wiele osób odwiedzało groby swoich bliskich, spodziewał się łuny bijącej od dziesiątków zniczy.

Błądził po alejkach przez wiele minut. Kilka napotkanych osób wzruszało ramionami, gdy pytał o grób artysty. Wreszcie kobieta, która – jak się okazało – chodziła z Bellonem w podstawówce do jednej klasy, wskazała mu grób, obok którego przechodził wcześniej parę razy.

Zaraz potem stanął przed skromnym, zapomnianym pomnikiem. Kilka wypalonych zniczy, zwiędła wiązanka... I napis: „Wojciech Bellon”.

To było niewiarygodne, że prawie nikt nie pamięta o osobie, która tak wiele znaczy dla pokoleń młodych ludzi. Przez chwilę Andrzej zapomniał, po co przyjechał do Buska. Stał, nie mogąc się ruszyć. Wreszcie zapalił przygotowany wcześniej znicz i odszedł w kierunku centralnej części cmentarza.

22.

W alejce dostrzegł pochyloną postać.

– Przepraszam panią, czy nie wie pani, gdzie jest grób Ani Marzec?

– Kogo? – starsza kobieta drgnęła, wyraźnie zaniepokojona.

– Tej dziewczyny, która powiesiła się na wiosnę. Mówili o tym w telewizji...

– A, tak, wiem. Ta, co się zabiła przez tego reportera z radia?

– Tak. Chciałbym zapalić znicz na jej grobie. Jestem, to znaczy byłem jej dobrym znajomym...

– No jakże bym mogła nie wiedzieć. – Staruszka ucieszyła się, że może pomóc nieznajomemu. – Pójdzie pan prosto z pięćdziesiąt metrów, skręci w prawo i wtedy już będzie widać. Bardzo ładny pomnik. Dużo tam zniczy, sama dzisiaj zapaliłam. Taki duży, biały...

– Dziękuję. – Andrzej szybkim krokiem ruszył we wskazanym kierunku.

Gdy dotarł na miejsce, zauważył dziesiątki płomieni i mnóstwo kwiatów, które całkowicie przesłaniały napisy nagrobne. Kiedy odsunął jeden z flakonów, ujrzał zdjęcie młodego mężczyzny trzymającego w ramionach małe dziecko.

Rozejrzał się wokół. Tuż obok rosła olbrzymia lipa z odchodzącym w bok grubym konarem, do którego bez trudu mógł dosięgnąć. Linkę miał w niewielkim plecaku. Wyjął ją i zarzucił na gałąź.

„Jeszcze chwila” – pomyślał i przysiadł na ławce stojącej obok nagrobka. Przymknął oczy i zaczął odmawiać cichą modlitwę.

Zdawał sobie sprawę, że jego pomysł na skończenie ze sobą jest dość koszmarny, jednak chciał w ten sposób symbolicznie przyznać się do winy. Teraz, gdy przejechał tyle kilometrów, powoli uzmysławiał sobie, że to dość głupie, bo przecież i tak po kilku dniach nikt nie będzie pamiętał o całej sprawie.

„Ale byłem przynajmniej na grobie Wojtka” – pomyślał.

Wokół panowała absolutna cisza. Wyglądało na to, że wszyscy odwiedzający opuścili już cmentarz. Bezwietrzna pogoda sprawiała, że znicze dawały poczucie przyjemnego ciepła. Andrzej siedział bez ruchu, starając się całkowicie wyciszyć. Chciał jeszcze raz przypomnieć sobie swoje życie, chciał po raz ostatni zapytać siebie, czy rzeczywiście to jest najlepsze i jedyne wyjście. Zaczął wpadać w stan lekkiego letargu. Czuł się wyciszony i całkowicie spokojny.

Gwałtownie drgnął, gdy jeden z wazonów przewrócił się na granitową płytę. Zobaczył zdjęcie Anny, zupełnie niepodobne do portretów nagrobnych. Dziewczyna z kolorowej fotografii patrzyła mu prosto w oczy. Czerwony żakiet, w który była ubrana, rozpoznał od razu. W jego mieszkaniu pojawiała się zawsze, mając go na sobie.

Znów zamknął oczy. W tej samej chwili zaczęły wracać obrazy sprzed kilku miesięcy. Wydało mu się, że znów leży w swoim łóżku, a dziewczyna powolnym krokiem zmierza w jego kierunku...

*

– Słyszysz mnie? Pytam, czy mnie słyszysz...

Stukot upadającej butelki z resztkami jacka danielsa.

Usiadła na skraju łóżka i pochyliła się nad Andrzejem. Ze zdumieniem poczuł, że wzięła go za rękę. Jej delikatna dłoń była miła w dotyku i... bardzo ciepła. Nie tego się spodziewał.

– Tyle czasu czekałam, żeby ci to powiedzieć. Nie mogłam stąd odejść i już nie wrócić, dopóki tego nie zrobię... Tylko, że ty... ty byłeś za daleko mnie. Nie słyszałeś, nie mogłeś słyszeć tego, co chcę ci przekazać... Teraz jesteś bliżej. Teraz jesteś bardzo blisko, prawie w moim świecie... Dlatego... Bardzo ci dziękuję.

Twarz Andrzeja stężała. Zupełnie nie takich słów się spodziewał.

– Jestem z tymi, których kochałam nad życie – ciągnęła. – Ale ty przeze mnie uciekasz od tej, którą kochasz... Nie pozwolę na to.

Poczuł na policzku delikatny powiew powietrza, jednak wciąż nie otwierał oczu.

– Nie pozwolę. – Po raz kolejny usłyszał te stanowcze słowa, jednak tym razem to już nie było wspomnienie. Ktoś szepnął je wprost do jego ucha. Gwałtownie otworzył oczy. Na ławce obok dostrzegł mgiełkę, która natychmiast rozpłynęła się w pachnącym parafiną powietrzu.

Spojrzał w stronę grobowca. Wazon z chryzantemami stał na swoim miejscu, a zza kwiatów nie było już widać zdjęcia Anny.

Przez długą chwilę jeszcze siedział bez ruchu. Poczuł, że bardzo zmarzł w dłonie, więc schował je do kieszeni kurtki. Pod palcami wyczuł mały, chłodny kształt. Andrzej był pewien, że to pierścionek zaręczynowy, który odłożył na nocny stolik tuż przed tym, gdy zaczął połykać pierwsze tabletki klonazepamu. Od tamtej pory go nie widział. Obracał pierścionek przez chwilę w palcach, po czym uśmiechnął się delikatnie, wstał, zapiął kurtkę i sięgnął po zwisającą obok jego głowy linkę.


* * *

"Ostatni telefon" zapowiada zbiór Stefana Dardy zatytułowany "Mroczne Historie i inne opowiadania" (planowana premiera: wiosna 2012 r.)