Dwie dychy na gwiazdkę
Dworzec
kolejowy w Rzeszowie przygotowywał się do Pasterki, tyle
że akurat tutaj nie było jej komu odprawić. Wszyscy księża, którzy
mieli za chwilę rozpocząć nabożeństwo, właśnie przywdziewali
liturgiczne szaty. Poza tym, niby dla kogo miałaby być taka dworcowa
msza?
Oprócz
mnie w budynku znajdowało się ledwie kilka osób. Najbardziej
rzucał się w oczy „Zyga”, który uwalony w trupa spał
niedaleko kas biletowych i było mu wszystko jedno, czy za chwilę
narodzi się mały Jezusek. Jakiś młody chłopak nerwowo
spacerował w kółko po poczekalni, od czasu do czasu wychodząc na
zewnątrz, by za chwilę na ubraniu i butach nanieść do środka nową
porcję świeżego puchu. Pewnie czekał na kogoś, kto miał po niego
przyjechać z jednej z okolicznych wiosek. Biorąc pod uwagę śnieżycę,
która nagle spadła na Podkarpacie, mógł chyba czekać do rana. Biedaczek.
Była
jeszcze dwójka Ukraińców i ja.
Najważniejsze,
że było mi ciepło. Schowałem buty do torby i przykryłem się
grubym płaszczem, podkulając nogi i szczelnie otulając je miękką,
przytulną tkaniną. Nieczęsto zdarzało się, że miałem dla siebie
całą ławkę.
Płócienny
worek z ubraniami podłożyłem pod głowę i usadowiłem się
wygodnie na twardym legowisku. Wiedziałem, że wreszcie się porządnie
wyśpię. Ani policja, ani straż miejska nie przegoniłaby nikogo z
dworca w Taką Noc, a „Czysty” z kumplami nie pojawiał się od
ładnych kilku dni.
Zapadłem
w sen.
-
Mogę usiąść koło pana?
Trudno
mi było uwierzyć własnym uszom. Jakim człowiekiem trzeba być,
żeby w środku wigilijnej nocy budzić bezdomnego, zatopionego w słodkim
śnie? Postanowiłem udawać, że nie słyszę, lecz na niewiele się
to zdało. Energiczne szarpanie nie pozostawiło co do tego żadnych
wątpliwości.
Otworzyłem
oczy i obrzuciłem dziewczynę najbardziej wrogim spojrzeniem,
jakie udało mi się wykrzesać z zaspanych oczu. Miałem nadzieję,
że zrozumie nietakt i pójdzie do jednej z wielu pustych ławek. Nic
z tego.
-
Czy może się pan trochę
przesunąć?
Wiedziała
już, że się obudziłem. Zacząłem więc udawać głuchoniemego,
żywo gestykulując wokół uszu i ust, ona jednak tylko się uśmiechnęła.
-
Nie wygłupiaj się. Przecież
wiem, że mnie słyszysz.
Usiadłem,
starając się przygładzić nieco potargane włosy i rozglądając
się za jakimś bardziej spokojnym miejscem. Gdy zacząłem
wkładać buty, powiedziała:
-
Nie odchodź, proszę. Chciałabym,
żebyś mi pomógł.
Spojrzałem
na nią tak, jakby właśnie się urwała z choinki, może
nawet tej oświetlonej, stojącej przed dworcem. Miałem już coś
na końcu języka, gdy przypomniałem sobie o swoim udawanym kalectwie.
Narysowałem tylko kółko na czole i wstałem, biorąc pod pachę swoje
rzeczy.
-
Widzisz? Mówiłam, że mnie słyszysz!
Uśmiechnęła
się i ja mimowolnie odpowiedziałem tym samym. Głuchego już
nie mogłem udawać, ale wciąż mogłem zgrywać niemowę.
-
Jeśli mi pomożesz, dostaniesz dwie dychy,
Zastanowiłem
się stojąc bez ruchu. Jak na rok dwutysięczny, była to kwota
nie do pogardzenia. Mogłem za nią mieć paczkę fajek,
małpkę czystej, a i może jeszcze wystarczyłoby na coś
ciepłego do jedzenia.
Zauważyła,
że się waham.
-
To nic trudnego, chcę tylko,
żebyś poszedł ze mną
w jedno miejsce…
Spojrzałem
na zewnątrz. Za przeszkloną ścianą wiatr z ogromną
prędkością przeganiał tumany śniegu z jednego końca
placu dworcowego na drugi. Gdy pomyślałem, że miałbym opuścić
ciepłe pomieszczenie, przebiegł mnie dreszcz.
Pokręciłem
głową, odwróciłem się do niej plecami i ruszyłem w stronę
pustej ławki.
-
Dwie dychy i na zawsze spokój z „Czystym”.
Zatrzymałem
się w pół kroku. Już mnie miała.
Jako
były oficer dochodzeniówki, nigdy nie miałem łatwego życia w miejscach
takich, jak to. W końcu jednak się przyzwyczaili, poza jednym sukinsynem,
którego dawno temu przymknąłem za rozbój z użyciem niebezpiecznego
narzędzia. Nigdy nie marnował okazji, aby mnie wyrzucić z dworca
i przy okazji zdrowo poturbować. Może i nie dałbym się mu tak łatwo,
gdyby nie trzech jego nieodłącznych koleżków. Mówili na niego „Czysty”
Spojrzałem
na dziewczynę. Nie była ani ładna, ani brzydka. Brunetka, może nieco
po dwudziestce. Zdziwiło mnie to, że nie miała na sobie ani płatka
śniegu – jej czerwona kurtka była zupełnie sucha. Cóż, być może
obserwowała mnie już wcześniej z ukrycia, tylko ja nie zdołałem
jej dostrzec.
Popatrzyłem
na dworcowy zegar. Było w pół do pierwszej. „Zyga” przekręcił
się z boku na bok i znów zaczął pochrapywać, po młodego chyba
jednak ktoś przyjechał, bo już go nie było, a dwójka wschodnich
sąsiadów spokojnie spała obok siebie.
Dziewczyna
w czerwonej kurtce przyglądała mi się wyczekująco.
-
Proszę…
Jej
prośby na nic by się zdały, gdyby nie wspomniała o „Czystym”.
Nie miałem pojęcia, jak może mi pomóc w tej kwestii, ale uznałem,
że w najgorszym wypadku zostaną mi dwie dychy.
Zdecydowałem,
że przystanę na jej propozycję. Spojrzałem w kierunku ławki,
na której przed chwilą siedziała, lecz nie zobaczyłem nikogo.
Brunetka stała przy drzwiach, uśmiechając się zachęcająco.
Zasznurowałem
buty, dokładnie zapiąłem płaszcz i ruszyłem w kierunku wyjścia.
*
(ciąg dalszy w „LŚNIENIU”).